Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

sobota, 30 lipca 2016

Becca Fitzpatrick - Black ice+Szeptem: niedramatyczne ataki niedźwiedzi i kakao jako cisza przed burzą

Za oknem śnieg zasypuje już najwyższe drzewa, a siarczysty mróz niestrudzenie próbuje przeniknąć przez okno uparcie trzymające resztki ciepła. Sam siedzisz dygocząc z zimna, choć i tak masz już na sobie gruby sweter w bałwanki z garnkami na głowach, futrzany polar i czapkę-uszatkę, którą wieńczy solidna porcja nastroszonego futerka. Z kubka pod ręką unosi się para świeżo zrobionego kakao z cynamonową posypką, a Ty myślisz tylko o tym, jak przetrwać te najzimniejsze dni w ciągu roku. 

Coś się nie zgadza? Nie masz swetra w bałwanki? Tak, to na pewno to. A może dalej męczą Cię wątpliwości? Racja, wystarczy zajrzeć przez okno, by przekreślić moją jakże obłudną teorię. Cóż, każdemu może się nieco poprzestawiać w głowie, czytając upalnym latem o niebezpiecznej wędrówce górskimi szczytami podczas śnieżyc i temperatur sięgających Rowu Mariańskiego. Ale o tym cicho, Szeptem i na ucho.


Tak mnie los pokierował, że sięgnęłam po dwie książki tej samej autorki jedna po drugiej. A chociaż "Szeptem" miałam okazję poznać już wcześniej, wypożyczając ją z biblioteki, postanowiłam po raz kolejny zagłębić się w historii Patcha i Nory, w celu porównania jej do losów Britt oraz Masona. Czy czuję się w pełni usatysfakcjonowana tym mini-maratonem? Niestety, niekoniecznie.

Chcąc ocenić obie pozycje na zasadzie porównania i kontrastu, powiedziałabym, że wybór lepszej książki na każdej płaszczyźnie jest praktycznie niemożliwy. I jedną, i drugą chciałabym za coś docenić, gdyż mają w sobie nutę niepowtarzalności, sprawiającą, że po prostu warto po nie sięgnąć. Zwłaszcza, gdy planujecie zachęcić do czytania niechętną koleżankę bądź siostrę biegającą za Pokemonami (testowałam, genialna gra! :|) - na pewno i pierwszy, i drugi tytuł ich usatysfakcjonuje. Doskonale sprawdzą się też na relaksacyjnym urlopie. Wiecie: kocyk, trawka, lemoniadka i te sprawy.

Nieskomplikowane, bo nieskomplikowane. Jedno muszę jednak przyznać: Fitzpatrick to prawdziwa mistrzyni niespodzianek. "Black ice", od którego oczekiwałam naprawdę wiele, aż zasmuciło mnie częściową przewidywalnością i przeciętnością, chociaż upakowaną w dobry pomysł. Z kolei "Szeptem", czytane wcześniej ponad rok temu, na nowo potrafiło zafascynować, zaskoczyć i mimo, iż zapewne to wina mej słabej pamięci, dało radę wywrzeć na mnie prawie tak silne emocje, jak podczas pierwszej lektury tej historii. A pierwsze wrażenie można ponoć zbudować tylko raz.

Trudno jednocześnie pakować obie powieści do jednego wora, skoro tematyką w sporym stopniu od siebie odbiegają.


Liczba stron: 448
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Cena okładkowa: 39,90 zł
Sposób nabycia: konkurs
"Black ice" promowany jest jako młodzieżowy thriller. Ja, trzymają się proporcji gatunków połączonych w książce, przyporządkowałabym ją jednak do romansu z elementami thrilleru.
Britt i Korbie, dwie przyjaciółki, wybierają się na wypad w góry Teton. Plany krzyżuje im śnieżyca, unieruchamiająca ich samochód i skazująca je na poszukiwanie pomocy wśród leśnych zasp. Bohaterki trafiają do chatki, zamieszkanej tymczasowo przez dwóch młodych mężczyzn, których intencje już w pierwszej chwili można poddać wątpliwościom. Jedno jest pewne: decyzja nastolatek o nawiązaniu znajomości z nieznajomymi poważnie zaważy na ich wyjeździe, a nawet na życiu.
"Black ice" to przede wszystkim klimat. Klimat gór, zimowego lasu i zagrożenia, które czyha za każdym świerkiem. Za sprawą prostych, ale częstych i dosadnych opisów, nie sposób nie pojąć chłodu przenikającego każdą warstwę ubrania Britt. Autorka ustami narratorki wspomina o każdym elemencie, który składa się na ten obraz: przemakające skarpetki, drapiący gardło wdech powietrza czy zmarznięte uszy. Dzięki temu nie potrzebujemy dłuższych przekonań, że akcja faktycznie dzieje się w trudnych warunkach, bo to się po prostu czuje.

Ale dlaczego nie zgadzam się z przyporządkowywaniem historii do thrilleru? Dla mnie książkę podzielono na etapy, gdzie w największym stopniu pojawiają się konkretne gatunki, to na nie postawiono nacisk w losach bohaterów. I tak zaczynamy od zwykłej obyczajówki: ot wyjazd w góry.  (Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę.. ^^). Britt ma swoje problemy, rozstała się z chłopakiem - najbadziej typowy wstęp do historii o nastolatce. Wprowadzenie napięcia zapoczątkowuje poszukiwanie wsparcia w chatce Masona i Shauna. Chociaż, szczerze powiedziawszy, nie jest wielką tajemnicą, jak ich los się potoczy. Zwłaszcza dla kogoś, kto przed lekturą sięgnął po opis okładkowy. Ale okej, niech będzie ten thriller. Gdy rozpoczyna się wędrówka chłopaków z zakładniczką przez góry, rozpoczynamy też epizod przygodowy, gdyż opowieść skupia się na walce o przetrwanie, napotykaniu mniej lub bardziej pożądanych postaci, ogółem motyw drogi. Te fragmenty uznałam za najbardziej nieprzyciągające uwagi, ponieważ, pomimo najsilniej odczuwanej atmosfery otoczenia, nie dzieje się szczególnie wiele, a to, z czym zmagają się bohaterowie w dużej mierze amator Sherlocka byłby w stanie przewidzieć. Przecież wiadomo, że kiedyś coś ich zaniepokoi, a innym razem się okaże że to niedźwiedź. Bez tego po prostu by się nie obyło.
Końcówka poczęstuje Cię z kolei sporą liczbą wybuchowych niespodzianek i ostatecznym podzieleniem frontów. Dla mnie, największe zaskoczenie wywołało w pierwszym momencie odkrycie "tego najgorszego" czarnego typa, odpowiedzialnego za główną zbrodnię. Nawet jeśli nie trudno go zdemaskować, to w skutek uśpienia mojej podejrzliwości przez większą część historii, rozdziawione usta na pięć sekund uznałam za efekt murowany. (Może właśnie taki był zabieg autorki? Kto wie, kto wie... :|).

A z kolei coś, co w innym przypadku by mi przeszkadzało, tutaj wyraźnie zaplusowało: retrospekcje. Nasza narratorka, w celu ocieplenia przypuszczalnie ostatnich chwil zagrożonego życia, przywołuje różne wspomnienia związane z Korbie (przyjaciółka), Calvinem (brat Korbie + chłopak Britt). Wbrew wszystkiemu, o co podejrzewałabym ten zabieg stylistyczny, nigdy nie zarzuciłabym mu dynamizowania akcji. A jednak! Gdyby Fitzpatrick zdecydowała się na pozostawienie jedynie opisów aktualnych wydarzeń - przemierzania przez postaci górskich stoków, poza mroźnym wiatrem, w książce wiałoby również nudą.

 

Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Cena okładkowa: 32,90 zł
Sposób nabycia: konkurs
Z kolei w "Szeptem" motyw przewodni to upadłe anioły, czyli na wstępie zaznaczone paranormal romance.
Nora chodzi razem z Vee do liceum. Jako najlepsze kumpele siedzą razem na każdych zajęciach, spędzają ze sobą większość czasu w szkole, jak i poza nią. Sytuację postanawia zmienić nauczyciel biologii, który nakazuje uczniom zamianę dotychczasowych miejsc w ławkach, jak i partnerów w nich. Tym sposobem nasza bohaterka zostaje skazana na towarzystwo ponurego Patcha, w żaden sposób nie ułatwiającego wspólne wykonywanie prac domowych zadanych przez nauczyciela. Wraz z wejściem tajemniczego chłopaka w życie nastolatki, spotykają jej dziwne, niewyjaśnione sytuacje, które najprawdopodobniej mają coś wspólnego z milczącym kolegą. 
Na pierwszy rzut oka: motyw powszechniejszy, przejedzony, przeżuty i wypluty. A jednak, gdybym miała za zadanie wybrać spośród mnóstwa powieści gatunku te, które subiektywnie są najlepsze (bądź przynajmniej dobrze moim zdaniem napisane), wybrałabym m.in. "Szeptem". Prawdopodobnie wynika to z faktu, iż ostatnią książkę z podobną fabułą czytałam kilka lat temu, w epoce "Zmierzchu" łupanego.

Opowiadając historię Nory i Patcha, odnoszę wrażenie, że autorka więcej zdań poświęca rozwijaniu akcji, aniżeli budowaniu charakterystycznego klimatu. A chociaż faktycznie nie jest on tak wyrazisty jak w pierwszym, zaprezentowanym tytule, nie oznacza to, że go w ogóle nie ma. Te sekrety, niedomówienia i domysły narratorki również kreują mgiełkę niepewności, szepczą do uszu czytelnika "coś tutaj nie gra", "zastanów się, czy nie robią Cię w balona". Aczkolwiek subtelniej, utrzymując się gdzieś pomiędzy głównym, a drugim planem. Z kolei dynamika bardziej targała moimi emocjami: ani na moment nie opuszczało mnie napięcie, nawet, gdy główna bohaterka robiła sobie gorącą czekoladę (od razu brała mnie na nią ochota :C) wiedziałam, że to cisza przed burzą. Natomiast w "Black ice" nie miałam tej pewności: coś się zdarzy, albo i nie. Nawet jeśli, żeby historia nabrała dramatyzmu potrzebne było coś znaczącego, coś dużego. Mały atak niedźwiedzia nie wystarczy. (Powiedziała ta, która przy spotkaniu z grizzlym wiałaby, gdzie pieprz rośnie, a nie marudziła: "ej, weźcie sprowadźcie lepiej dinozaury"!).

Czar par, czyli kto wygrywa kategorię "miłosne zaloty". Na złotym postumenciku postawiłabym relację.. tum, tu tu tummm... Nora+Patch! I obdarowała laurowymi wieńcami, doceniając w kategorii "złotych dialogów". Nie czarują mnie frazesy, głębokie słowa pełne uczucia i pożądania, zrywanie z siebie koszulek, gdy tylko amant na Ciebie spojrzy (a raczej "zacznie taksować wzrokiem") . Za największą sztukę uważam lekkość, swobodę stylu podczas tworzenia rozmów między głównymi bohaterami. Nie robią ze swojego uczucia, które w początkowej fazie niewiele ma wspólnego z romantycznością, czegoś, czym ono nie jest. 
- Największe marzenie?
- Żeby cię pocałować.
- Nie ma w tym nic śmiesznego.
- Owszem, ale się zarumieniłaś.
-Należysz do sekty?
(…)
-Tak się składa, że potrzebuję zdrowej kobiety na ofiarę. Zamierzałem ją uwieść, stopniowo wzbudzać w niej zaufanie, ale skoro jesteś już gotowa… .
-Zajrzałam do twojej kartoteki. (...) -To z pewnością jest nielegalne.-szepnął.
-Ale nic w niej nie ma. Żeby choć wykaz szczepień...(...)
-I mówisz mi o tym, bo się boisz, że wywołam epidemię? Odry czy świnki?
- To naturalnie rudy kolor? - Uśmiechnął się.
Przebiłam go wzrokiem.
- Nie mam rudych włosów.
- Przykro mi, ale wiedz, że są rude. Nie byłyby czerwieńsze, nawet gdybym je podpalił.
O kurde. Kurdekurdekurde. Potrąciłaś j e l e n i a? Nic się nie stało? Może to był BAMBI?
(Ten tekst jest autorstwa Vee, ale.. pozdrawiam fanów Bambiego - disneyowski jelonek żyje i ma się dobrze!)

W jakim stopniu dorównują im Britt z Masonem? Dorównują, chociaż nie powiedziałabym, że perfekcyjnie. Ubóstwianych przeze mnie potyczek słownych pojawia się mniej, ale grunt, że ich relacja nie drażni oczu sztucznością czy rozwojem z prędkością polującego geparda. Swobodnie, spokojnie, na wszystko przyjdzie czas.
- Czytasz mi w myślach - zachichotałam.
- Widzisz? Jestem chodzącą doskonałością. Nie musisz mi nawet mówić, czego chcesz. - Jude postukał się palcem w głowę. - Jestem męską wróżką. Jedną na milion. To co najmniej drugoligowa supermoc.
- Przestań. Przez ciebie zaraz naparskam do drinka.
- Już to przewidziałem. -Jude znowu postukał się po głowie.
- To najlepszy wieczór w moim życiu - westchnęłam radośnie. - Dziękuję ci.
- Przeze mnie naparskałaś sobie do drinka i twierdzisz, że to najlepszy wieczór w twoim życiu. Dość łatwo cię zadowolić.

A więc... Obie powieści to przyjemny w odbiorze lekki styl, ze sporą dawką języka codziennego, momentami zakrawającymi o sformułowania potoczne. Obie powieści bazują na tajemnicach, odkrywanych stopniowo faktach, które rozwijają fabułę na kolejne strony. I w końcu, obie powieści to zbudowane na podobnej zasadzie historie, w których największą różnicę stanowi pomysł. Do wyboru mamy przysypany śniegiem, romantyczny kryminał dla początkowych Panien Marple oraz panów Poirotów lub paranormalny, lekki jak anielskie piórko romans  z nieustannymi werblami napięcia. Ja wybieram opcję nr dwa, bo.. szczerze mówiąc.. zimy to ja mam serdecznie dosyć.

 Więcej zdjęć: