Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

środa, 13 kwietnia 2016

Jak z bajki #2: Wcale nie taki okrąglutki...















Wczoraj była kwadratowa książeczka, to spróbujmy pociągnąć ten motyw dalej. Co prawda ta z dzisiejszego postu nie została zaopatrzona w taką liczbę stron jak "Mikołajek", ale za to nadrabia wielkością, pięknymi, malowanymi i malowniczymi ilustracjami oraz przesympatycznymi bohaterami. Jednak sam schemat treści oparty na krótkich historyjkach z zabawnym zakończeniem pozostał i ma się naprawdę dobrze. A dba o niego sam Pan Kuleczka.


Seria Wojciecha Widłaka powstała w 2002 roku, kiedy to na rynku wydawniczym pojawił się pierwszy jej tom. Nie zmienia to faktu, że do tej pory zrzesza całkiem spore grono fanów, które mobilizuje autora do wydawania następnych części: tym sposobem w marcu tego roku wydana została.. kolejna (nie sposób ich zliczyć :o) książeczka o emerytowanym mieszkańcu ulicy Czereśniowej oraz jego przyjaciołach. 

Pies Pypeć, kaczka Katastrofa i mucha Bzyk-Bzyk. Prawdziwe stadko prawdziwych kompanów przygód. Razem z nimi, tytułowy bohater nie wychodząc ze swojego niewielkiego mieszkanka gromadzi zestaw całkiem pokaźnych historii, o których może później opowiadać za pośrednictwem pana Wojtka. Tak oto na przykład dowiadujemy się czym jest wysokie mniamanie, jak poradzić sobie ze złym snem, zaprzątającym naszą głowę w nocy, dlaczego porządek to wróg zwierządek i wielu innych, równie fascynujących faktów o jakże życiowym podłożu (ani śmiem w tym momencie żartować :D).

Jak już wywnioskowaliście z powyższego akapitu: tekst skierowany jest do młodszych czytelników i pod żadnym względem nie podlega to wątpliwości. Idealnie sprawdzi się w roli poradnika dla rodziców, z którego porady mogą zafundować w postaci jednego rozdziału dziecku przed snem, po zadaniu trudnego pytania bądź wpadnięciu w przysłowiowe tarapaty. Nie oznacza to jednak, że teraz powiastki o Panu Kuleczce mnie nie bawią. Wręcz przeciwnie. Wystarczyło, że przewertowałam niezbyt dokładnie kilka stron, a od razu poczułam się.. młodsza. I szczęśliwsza. Tego pierwszego aspektu przemiany chyba nie ma co tłumaczyć, natomiast jeśli chodzi o drugi: nie wiem czy zależy to od pozytywnego przesłania, pozytywnych bohaterów czy pozytywnych ilustracji. W każdym wypadku panuje pozytywność, czyniąca te proste, łatwe opowieści, po prostu radosnymi. Tak. Po prostu radosne to idealne określenie.

Nie dam rady skończyć postu bez docenienia wisienki na tym torcie szczęścia: obrazki. Wieńczą każdą stronę, tak jak treść nie charakteryzują się skomplikowaniem, ale dzięki temu 100 razy lepiej dopasowują się do ogólnego klimatu. Odzwierciedlają rzeczywistość, bez żadnych udziwnień, nowoczesnych stylów, wymysłów artystów. Tak jak to powinno wyglądać w optymistycznej książeczce dla dzieci. Gdy tak im się teraz przyglądam, dochodzę do wniosku, że są na tyle proste, że nawet człowieczek niewielkich wzrostów i wieku podołałby odwzorowaniu ich na kartce, co stanowi oczywiście następną zaletę.

Nigdy nie spotkaliście się z Panem Kuleczką? Najlepsza pora umówić się na wizytę! Z tak inteligentnym mężczyzną może być ona wyłącznie przyjemnością. (Pomińmy fakt, że rozmawia ze zwierzakami, nikt nie jest idealny :D).
Mieliście okazję go poznać? Podzielcie się wrażeniami :) 

Źródła zdjęć: LINK i LINK