Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

niedziela, 15 listopada 2015

Zoë Marriott - Królestwo łabędzi

Liczba stron: 260
Wydawnictwo: Egmont
Cena wydawnicza: 34,99 zł


O czym książka?
Powieść z gatunku fantastyki, aczkolwiek zdecydowanie bliżej jej do baśni, wspominającej dziecięce lata. Historia opowiada o losach młodej księżniczki, córki króla Farlandu, Aleksandry. Po śmierci matki dziewczyny, miejsce kobiety zajmuje znaleziona w lesie (bo przecież najlepsze żony znajduje się w lesie :D), tajemnicza Zella, która bez problemu owija sobie cały dwór, a przede wszystkim króla, wokół palca. Gdy Aleksandra wraz z trzema braćmi starają się pokrzyżować plany przyszłej żonie ojca, nie przewidują konsekwencji swoich czynów. Zella, chcąc raz na zawsze pozbyć się jedynych przeciwników, stojących jej na drodze do tronu, zamienia Dawida, Robina i Hugh w białe łabędzie, a Aleksandrę odsyła do jej ciotki, która zamieszkuje sąsiednie królestwo. Bohaterka musi zebrać w sobie dość odwagi, aby przeciwstawić się macosze i ochronić królestwo przed tragicznym końcem, do czego prowadzą magiczne oddziaływania Zelli. 

Wygląd:
I znów mamy do czynienia z tak piękną okładką, że aż trudno oderwać od niej wzrok. Wszelkie zawarte na niej elementy tworzą iście baśniową grafikę, która oprócz doskonale spełnianej funkcji estetycznej, sporo zdradza na temat fabuły powieści, odpowiada na pytanie: czego możemy spodziewać się po "Królestwie łabędzi". Zdaję sobie sprawę z tego, iż może nie jest to informacja, która interesuje większość czytelników, ale trudno nie wspomnieć o bardzo przyjemnej w dotyku fakturze okładki. Tak jakby pokryto ją mięciutkim futerkiem o milimetrowych włoskach! (Niestety tak nie jest, ale to nie zmienia faktu, że przytulać ją można do woli ^^).
O ile przód okładki jest wzorzysty i bogaty w ilustracje, z tyłu nasze oczy skupią się na opisie fabuły, stanowiącym jedyny, wyróżniający się element. Co w sumie jest przemyślanym zabiegiem, gdyż żeby zachęcić do lektury książki, trzeba skupić uwagę potencjalnego czytelnika właśnie na tematyce pozycji. Sprytne! Pod jednolitym, błękitnym tłem, kryją się jednak połyskujące gałązki, które choć nie wyglądają na pokrzywy, ich wykorzystanie zostałoby uzasadnione, tak więc.. może są to farlandzkie wyobrażenia tych roślin, kto wie..
Wewnątrz, czekają na nas i skrzydełka, i zakładka (a przynajmniej, ja takową miałam zaszczyt otrzymać ^^). Treść podzielona jest na dwie części, łącznie 18 rozdziałów + prolog i epilog. Przeciętna długość rozdziału stanowi około kilkanaście stron, zatem ja uznałabym je za całkiem długie. I chociaż wolę podział na 'więcej, ale krócej', w tym wypadku, kilkanaście stron czytało się błyskawicznie, z czego wynika, że lektura książki przebiegła zdecydowanie za szybko. (:/).

Koncepcja:
Jak co niektórzy zdążyli się już pewnie domyślisz, powieść bazuje na przepięknej baśni Hansa Christiana Andersena "Dzikie łabędzie". Nie bójcie się, nie jest to przepisanie opowieści, autorka nie trzyma się ściśle wszystkich wydarzeń w niej zawartych. Otrzymujemy bowiem zdecydowanie rozwiniętą, ubarwioną i przekształconą w formę młodzieżowego tekstu z gatunku fantastyki, historię. Już sama różnica w długości między tekstem Hansa a Zoë, wskazuje na ich odmienny kształt połączony jedynie wspólnym pierwiastkiem.
Kolejny aspekt, który przekonał mnie do nowej formy baśni to narracja pierwszoosobowa. Z zastosowaniem tego zabiegu, my zyskujemy zdecydowanie większą dawkę emocji, a bohaterka duszę oraz osobę z krwi i kości, zamiast pustego ciała, wykonującego jedynie opisane czynności. I nawet jeżeli momentami, opisy wrażeń, uczuć zakrawają o stricte nastoletnią młodzieżówkę, to i tak warto przez nie przebrnąć, gdyż przy ogólnym zarysie, po zakończeniu lektury, nawet nie będziemy pamiętać o takich drobiazgach.
Na koniec dwa słówka o języku: zrozumiały, poprawny, ale barwny i naprawdę plastyczny. Dostosowany dla młodszych odbiorców, a jednocześnie sprawiający, iż ci starsi także nie będą zawiedzeni. Dialogi chwytliwe, opisy rzeczywiste, a akcja dziejąca się z odpowiednim tempem. Czego chcieć więcej od książki?

Bohaterowie:
Wykreowane w powieści postaci są połączeniem cech stricte baśniowych, wpisujących się w schemat walki dobra ze złem, niesienia z treścią wielu wartości moralnych oraz aspektów osobowości charakterystycznych dla ludzi, również tych współczesnych, którzy mają różne motywy swoich działań, boją się, przejmują, są niepewni swoich decyzji. I najlepszy przykład dla tego rodzaju bohatera to właśnie Aleksandra, narratorka towarzysząca nam przez całą historię.
Nie chcąc marnować słów na analizę psychologiczną jej umysłu (poza tym biol-chem to zdecydowanie nie moja działka :C), zwrócę jedynie uwagę na wyraźnie zarysowaną przemianę tej postaci. Dostajemy zakompleksioną, niepewną i wycofaną dziewczynkę, a przed zamknięciem książki możemy już podziwiać silną i zdecydowaną kobietę w pełnej krasie. Sama siebie zaskoczyłam, że polubiłam sposób autorki opisania metamorfozy, gdyż przeważnie nie zaliczam się do fanów tego typu wewnętrznych zawirowań. Wolę, gdy dużo się dzieje wokół bohaterów niż wewnątrz nich. (Jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak właśnie jest :|). A w przypadku Aleksandry, czułam się naprawdę związana z nią i odniosłam wrażenie, jakbym została skutecznie zmotywowana do wzięcia losu w swoje ręce, tak jak ona, i zdziałania z nim czegoś dobrego.
Z kolei, skupiając się na bohaterach drugoplanowych, mam już bardziej mieszane uczucia. Oczywiście są to szczegóły, które wbrew pozorom, bardzo lektury mi nie utrudniły. Ale żeby nie było, że tylko chwalę i chwalę.. . Żałuję, że autorka pozostawiła samej sobie np. Zellę, czyli ciemną stronę mocy, czarny charakter powieści. Z "czarnym" byłabym nawet skłonna się zgodzić, ale "charakter" to, moim zdaniem, zdecydowanie za dużo powiedziane. Biorąc pod uwagę możliwości rozwoju, wykreowania tej postaci, szkoda, że została okrojona do złej Baby Jagi, która chrupie dzieci jak pierniczki. (Taka przenośnia. W książce stety/niestety nic takiego nie ma miejsca :D).

Fabuła:
Złoty środek między baśnią, a powieścią młodzieżową, został zachowany również w kategoriach fabuły, zaprezentowanych wydarzeń. Książka zawiera w sobie sztandarową walkę dobra ze złem, podkreślanie, ważnych w życiu człowieka, wartości. Ale otrzymujemy również delikatnie rozkwitającą pierwszą miłość, emocje dorastającej dziewczyny, która musi pogodzić się ze stratą bliskiej osoby plus uratować królestwo od rządów wrednej macochy. Takie przemieszanie między bajką, a fikcją stanowi ciekawe połączenie i pomimo nutki absurdu, którą na pewno da się odczuć, przysparza czytelnikowi wielu przygód, przeżywanych razem z bohaterami. Wraz z przygodami, w treści przeplata się wiele czynników np.  opisy magicznej krainy, jakim jest Królestwo Farlandu bądź Midlandu, przepiękne obrazy:  poprzez lasy, morze czy dwór książęcy. (Sceneria iście jak z bajki ^^).
Co prawda, dynamiki i zwrotów akcji mamy nieco mniej niż w typowej fantastyce czy powieściach o agencie 007. Trudno jednak winić za to autorkę, skoro w tekście nie znajdziemy ani jednej wzmianki o dinozaurach, robotach nowej generacji czy mszczących się samurajach.
Niektórych być może to zaskoczy, ale w dialogi, których nie ma zbyt wielu, ale za to wszystkie umieszczono z głową oraz pomyślunkiem, wpleciono także szczyptę humoru. Co prawda nie potrafię stwierdzić, czy zalicza się on do humoru bawiącego wszystkich, czy może tylko mnie, ale.. kogo nie rozśmiesza np. podryw na rolnika? (Jak tak teraz o tym myślę, to chyba jednak wszystkich poza mną :_:). Żeby nie rzucać suchym przykładem, uzupełnię go o cytat, po czym sami ocenicie czy da się zapisać go do zabawnych. (Albo chociaż troszkę zabawnych. Odrobinkę :c).

"Zaległa cisza, którą wypełniły odgłosy morza, ale nie było w niej nic niezręcznego.
Nagle chłopak zapytał:
- Czy wiesz coś o uprawie roli w waszych gospodarstwach?
- W naszych gospodarstwach? - Spojrzałam na niego zaskoczona, raz jeszcze podziwiając ciemne srebro jego oczu.
- Są dumą Farlandu, prawda? Gospodarze mają swoje metody, aby ziemia wciąż była urodzajna. Wiesz coś o tym?
[...]
Zaczęłam mu opowiadać. Wyjaśniłam system płodozmianu i podkreśliłam konieczność zapewnienia ziemi odpoczynku." (str. 102)
Kto by się spodziewał, że rolnictwo jest tak chwytliwym tematem podczas pierwszego spotkania ze swoją drugą połówką, nie? (:D).

Do końca..
"Historia poza czasem i ponad czasem." Takie zdanie widnieje na okładce "Królestwa łabędzi". A ja w stu procentach się pod nim podpisuję. Dawno nie spotkałam się z prostą, a jednocześnie urzekającą i iście magiczną historią, którą przecież już znałam. Znałam bardzo dobrze, a jednak, jak widać, nie na tyle, aby lektura powieści mnie znudziła. Wręcz przeciwnie! Czułam, że na nowo odkrywam elementy, których nie dałam rady dostrzec w dzieciństwie, fakty, kryjące się dla oczu 6-letniej dziewczynki. Wszystkie wydarzenia przeżywałam od nowa i po raz pierwszy. Jednocześnie.
Ponadto, uważam, że to, co uczyniła Marriott, można uznać za niezwykłe przedsięwzięcie. Dlaczego? Z tego, co mi wiadomo, nie znalazł się jeszcze śmiałek, któremu udałoby się zbudować wehikuł czasu, prawda? A tutaj, proszę! Młoda pisarka, na dodatek z jaką smykałką do zawirowań czasowych! Nawet jeśli żartuję (tak, to miał być żart :|), to ziarenka prawdy także można się w powyższym zdaniu doszukiwać. Podczas lektury "Królestwa łabędzi" przeżyłam bowiem podróż po wspomnieniach: od najmłodszych lat, aż po dzień dzisiejszy. Przybyłam, doświadczyłam, wróciłam. Bez szwanku, w jednym kawałku. I w towarzystwie trzech, śnieżnobiałych łabędzi.



Więcej zdjęć: