Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

środa, 11 listopada 2015

Pomiędzy stronami #4: 11 listopada, czyli króciutka lekcja polskiego

Witam wszystkich!

Z racji, iż dzisiaj obchodzimy Święto Niepodległości, miałam ochotę stworzyć post, który, choćby w niewielkim stopniu, wiązał się z tym ważnym dla wszystkich Polaków, wydarzeniem. Długo się zastanawiałam (no z 10 minut mi to zajęło :|), jaką formę mógłby on przybrać, aż w końcu postanowiłam pójść po linii najmniejszego oporu: 3 standardowe lektury szkolne w pozytywnej ocenie Limo. Postaram się dać Wam w nie wgląd moimi oczami, jak ja je postrzegam. Mam nadzieję, że uda mi się przekazać to, co bym chciała. 

Quo Vadis - Henryk Sienkiewicz

Najgrubsza z najgrubszych, literki najmniejsze z najmniejszych. A i tak cieszę się, że została nam zlecona lektura tej powieści aniżeli Krzyżaków, którzy, jak sądzę, spodobaliby mi się znacznie mniej, ze względu na tematykę. Koncepcja "Quo Vadis": powrót do czasów tak odległych, nawet z perspektywy Sienkiewicza, bardziej mnie zaintrygowała.
Jeśli chodzi o starożytny Rzym ukazany przez autora, nie spotkałam się dotychczas z lepszym przeniesieniem tego miasta na papierowe strony i byłam wręcz oczarowana wszystkimi szczególikami, które odkrywałam razem z Winicjuszem, Ligią, Petroniuszem, Neronem i całą resztą antycznych osobowości.
Gdy musiałam zabrać się za przeczytanie "Quo Vadis", byłam na etapie swojego życia, w którym nie kochałam książek tak jak teraz, a moje tempo podążania wzroku za tekstem było niezbyt wypracowane. Zatem, ze wstydem mogę się przyznać, iż co nudniejsze opisy chybcikiem omijałam, czekając na rozwój wydarzeń, zwroty akcji. Ale i na takowe się natknęłam, co początkowo mnie dość zaskoczyło: w lekturze? coś ciekawego? akcja? wciągająca fabuła? Autorzy lektur pisali książki z wciągającą fabułą? Zadziwiające, a jednak prawdziwe.
Ponadto, już wtedy odkryłam w sobie zamiłowanie do miłości, czyli pochłanianie ze zdwojoną szybkością wszelkich wątków romantycznych. I znowu książka spełniła moje oczekiwania: dramatyczna walka o serce ukochanej, ryzykowne kroki zbliżające do niedostępnej Ligii, wyrzeczenia, arena - czego chcieć więcej?

 Więc pamiętajcie po wsze czasy:

więcej liter = więcej wydarzeń = więcej frajdy
więcej liter (nie zawsze!) = więcej nudy
(Po tej króciutkiej lekcji matematyki, możemy zmierzać do kolejnego akapitu. c:

Balladyna - Juliusz Słowacki

Z cegiełki do ceramicznej płytki (Ale ze mnie Bob budowniczy :|). Jeżeli "Quo Vadis" momentami się ciągnęło, w przypadku historii tytułowej Balladyny, nie ma mowy o opisach. Pomijając fakt, iż jest to dramat, czyli taki jakby niekończący się dialog. (Zero opisów, zero długich, niezrozumiałych zdań - książka idealna!). 
Z innej strony : zanim całkowicie skreślicie dzieło Słowackiego, zastanówcie się: ile czytaliście książek, w których główną postacią jest czarny charakter? (Albo przynajmniej taki.. ciemnoszary.. o! grafitowy!). Raczej nie jest to perspektywa, z której autorzy lubią pisać książki. A szkoda! Najwidoczniej nikt nie potrafi przebić tegoż oto XIX-wiecznego romantyka, który wykosił konkurencję w niecałych 200 stronach. Z góry zapowiadam: z tego co pamiętam,  nawet język szło zrozumieć, a mimo iż różni się od współczesnego, pozwolił wzbogacić współczesny słownik o kilka ciekawych zwrotów.  (Nic tylko wplatać je do rozmów ze znajomymi :|)
Nie przeczę, że mówiąc o lekturach, zawsze chętniej sięga się po te cieńsze objętościowo utwory. Szybciej się skończy, krócej ponudzi. Przezornie obstawiamy, że tekst nam się nie spodoba. A po zamknięciu "Balladyny" aż żal odkładać ją z powrotem na półkę. Zaufajcie mi. Na pierwszy rzut oka, historia nie zachęca: opowieść o bezkompromisowym dążeniu do władzy. Suche słowa, nic po za tym. Nawet jeżeli tak uważacie, warto przeczytać dramat z innego powodu: aby odkryć co wspólnego mają ze sobą: dwie siostry, maliny, książę, romans i cała masa zabójstw. Nietypowe połączenie, prawda?

Treny - Jan Kochanowski

Nie wiem, jak to jest w tym przypadku: czy całość to obowiązkowa lektura, czy też może wymóg nałożony został na wybrane utwory. Bądź co bądź, "Treny" mogę z ręką na sercu uznać za pierwsze teksty liryczne, które naprawdę mi się spodobały. Trudno określić, dlaczego padło akurat na nie. Chyba za sprawą porządnego opracowania ich na lekcji i dokładnej interpretacji, a co za tym idzie: zrozumienia treści oraz przekazu. I tutaj rada do wszystkich: gdy nie rozumiesz utworu, szanse, że Ci się spodoba są wręcz równe zeru. 
Niby wierszowane, niby niezbyt długie, a i tak liczba dziewiętnastu nie brzmi zachęcająco. Ale skoro już trzeba czytać, można spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o okolicznościach, metodzie ich powstania. Bo skoro stanowią ważny element polskiej literatury, to coś musi w nich być.
Mnie najbardziej zastanowił fakt, iż poeta złamał wiele kanonów, obowiązujących w jego czasach. Nie pisał o zasłużonych, wielkich ludziach. Wszystkie teksty poświęcił maleńkiej, a na dodatek nieżyjącej córeczce, co czyni "Treny" w stu procentach wyjątkowe. Na dodatek, w cyklu można wyróżnić "etapy" rozpaczy, podział ze względu na emocje, jakie towarzyszyły twórcy. Pierwszy i osiemnasty wiersz są najbardziej uczuciowymi, najmocniej przeżywanymi, natomiast dziesiąty, będący pośrodku, zachował najwięcej dystansu, stabilności. 
Właśnie takie ciekawostki potrafią przekonać mnie do lektury. To one pokazują, że teksty faktycznie różnią się od każdej, innej książki. Że ich się nie dostanie w pierwszym lepszym tomiku z wierszami. W nich jest zakorzenione znacznie więcej, niż mógłby się spodziewać przeciętny gimnazjalista.

***

Samo w sobie słowo "lektura" brzmi tak zniechęcająco, że nie zdziwiłabym się, gdyby za kilkanaście lat "Harry Potter" stracił większość sławy i rozgłosu na rzecz wpisania do "kanonu ksiąg obowiązkowych". Wyobraźcie sobie siebie jako rodziców, przymuszających dzieci do przeczytania choćby kilku stron o przygodach młodych czarodziejów. Smutna rzeczywistość, prawda? Zatem nie przekreślajmy teraz tego, co pozostawiono nam kilkanaście, kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat temu. Wiadomo, jak to bywa z książkami: nie każda przypadnie nam do gustu. Ale niech naszej ocenie nie podlegają: archaiczna forma czy niezrozumiały język. Czytamy po to, by się uczyć, rozwijać i poznawać. Rezygnując z lektur, rezygnujemy z wiedzy. Wiedzy połączonej z przyjemnością, rzecz jasna.

Jakie lektury wspominacie najprzyjemniej? A może macie ulubioną? Którą czytaliście ostatnio? Piszcie! :)