Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

niedziela, 6 września 2015

Marcin Mortka - Dom pod Pękniętym Niebem

Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Cena wydawnicza: 
Cena nabycia: 12,99zł (Biedronka)
Seria: Dom pod Pękniętym Niebem
Tom: I

O czym książka?
Walka z potworami, indiański przewodnik i paczka przyjaciół - no, mniej więcej te klimaty. W stworzonej przez polskiego autora, Marcina Mortkę, historii spotykamy 5 nastolatków: Ethana, Wendy, Marcusa, Nolana, Maxa i Heather. Z perspektywy tej ostatniej są opisywane ich losy, przygody oraz szczęśliwe i nieszczęśliwe wypadki. Książka rozpoczyna się od wyprawy znajomych, razem ze wspomnianym już wcześniej, tajemniczym przewodnikiem, na biwak do lasu. W nocy przechodzi nieprzewidziane trzęsienie ziemi, ku uciesze wszystkich, przeżyte przez całą ekipę bez żadnych strat. Zmienia ono jednak wiele, gdyż nagle zza krzaków zaczynają wyskakiwać przedziwne monstra, a w rzekach można dostrzec wystające głowy wodnych zombiaków. Przyjaciele znajdują ukrycie w schronisku, które szybko stało się ich jedynym domem. A co z miasteczkiem? Z rodzicami? Dlaczego świat nawiedziła plaga potworów? Szykuje nam się niezła jazda!


Wygląd:
Coś wspaniałego! Naprawdę. Oprawa graficzna to element, który spodobał mi się najbardziej, oceniając książkę pod różnymi aspektami. Zieloną sowę poznałam podczas lektury pierwszego tomu 'Sagi Ognia i Wody', w którym również wydawnictwo wyróżniło się niezwykłym wyglądem pozycji. W przypadku 'Domu..', oczywiście nieco inaczej grafika została 'skonstruowana', aczkolwiek również przyciąga wzrok.
Przede wszystkim: okładka. Z pozoru, całkiem nieciekawa. Dwukolorowa, Bez żadnych wypukłych elementów, pięknych księżniczek czy błyszczących ornamentów. Taka tam dwójka.. dzieci, jakiś ptaszek. No i potwór. Ale przyznam się szczerze, że przyglądałam się tej ilustracji kilka minut, gdyż co rusz, odnajdywałam kolejne 'ukryte' obrazki w tej wycinance. Naprawdę bardzo spodobał mi się ten motyw i cieszę się, że został on utrzymany przez wszystkie trzy części trylogii.
Po otworzeniu książki, kolejne niespodzianki. Skrzydełka ze zdjęciem autora, jego opisem, a także fragmentem wyciągniętym z tekstu. Jednym słowem: oprawa wierzchnia na 6!
Co znajdziemy na samych już stronach pozycji? Jeszcze większą niespodziankę! Pomijając pięknie pachnący papier, każdy początek rozdziału opatrzony jest w idealnie dopasowaną do treści ilustrację przedstawiającą bohaterów, potwory bądź inne elementy pojawiające się w historii. Choć wydawać by się mogło, iż już wyrastamy z obrazków w książkach to.. nie, w sumie to nie wyrastamy (:D), a takie wydawnicze upominki wywołują ogromny uśmiech na mojej twarzy. I dopomknę jeszcze o przerywnikach, których rolę, zamiast standardowych trzech gwiazdek, przejęła chmara kruków. Tak się robi klimacik ^^

Koncepcja:
Trudno mi ocenić, na ile pomysł Mortki (nie ma to jak fajne nazwisko :D ) jest oryginalny, pochodzący z jego głowy, a na ile z treści takich powieści jak Jutro Johna Marsdena czy Gone Michaela Granta. Przynajmniej te książki przychodziły mi na myśl czytając opis, a później kilkadziesiąt pierwszych stron 'Domu..'. Naprawdę bałam się, iż mam do czynienia z kiepską podróbką, zwyczajnym plagiatem amerykańskiej twórczości. Na szczęście, nie taki diabeł straszny, jak go malują: mimo kilku, znaczących podobieństw, autor dał popis swojej kreatywności. A przynajmniej na kilku polach.
Zaczynając od tego, co najistotniejsze: potworów, widzimy już pierwszą różnicę dzielącą powieść Polaka od innych tekstów. Tam były napaści militarne, zniknięcia dorosłych. Tu, mieszkańcy miast zamieniają się w monstra, różnorakich rodzajów i kształtów. Przyznam szczerze, iż nawet nie przypuszczałam, że tyle ich gatunków dałoby radę powstać. A tu proszę! Po lekturze, przyłapywałam się nawet na tym, jak sama kombinowałam, jakie inne kreatury dopasowałyby się do świata historii. (Tak, wymyślałam sobie potwory. Bo czemu by nie? c:).

Bohaterowie:
I przechodzimy do bohaterów. A tutaj: trochę schematyczności, ale i nieco nowości. Oczywiście, jest grupa przyjaciół, nastolatków, jakich wiele. Wśród nich przewijają się wszelakie możliwe stereotypy młodzieży: brylujący amant, wygadany cwaniak, szpanująca panna, komputerowiec-nerd, tajemniczy pretendent na chłopaka, przyjaciółka i główna bohaterka. Tak przedstawia się zarys biwakowej ekipy do walki z potworami. Spodobało mi się natomiast, iż charaktery prezentowane przez te postaci nie są zbytnio wymuszone, zachowania sztuczne, a czyny wymyślne. O co mi chodzi? Wyobraźmy sobie taką sytuację: śpimy w namiocie, gdzieś w głuszy: las, las, jeszcze więcej lasu. Nagle, ŁUBUDU!, trzęsienie ziemi. Chwilę potem: niebezpieczny warkot i szelest między drzewami. Patrzymy: dwa metry od nas stoi sobie potwór. Z pianą na ustach, kapiącą śliną i pazurami dwa razy dłuższymi od naszych całych palców. Co robimy? Nie, nie wyciągamy maczety z naszej uroczej, różowej walizeczki i kierujemy się z groźną miną w stronę zombiaka. Nie. Uciekamy, szukając schronienia. Instynkt samozachowawczy. On jest groźniejszy, on mnie goni, ja uciekam. Choć wydaje się to być banalnie proste, jak widać nie zawsze autorom udaje się zaopatrzyć swoich bohaterów w taką cechę charakteru. Na szczęście, Marcinowi się to udało, za co jestem szczerze wdzięczna, gdyż czasem fajnie poczytać o normalnie reagujących nastolatkach.

Fabuła:
Przyznam szczerze: początek nie należał do tych najbardziej wciągających. Nieco się dłużył, trochę nie potrafił dać mi wejść do historii, z ogromnym zaciekawieniem śledzić losy bohaterów. Trudno było. Ale, gdy się przebrnie to, dalej treść biegnie jak z górki, a wręcz z zawrotną prędkością. Tu się coś dzieje, tam wyskakuje potwór, tu ktoś ucieka, tu ktoś się znajduje. Pif, paf, bum, trach! Jest dynamicznie, żywiołowo, tak jak powinno to wyglądać w powieści przygodowej.
A gdy to tej akcji dodamy, że tak powiem, otwarty scenariusz, możemy czytać i czytać i czytać, dopóki nie zobaczymy, że brakuje kartek. Bowiem w 'Domu..' (jak i w kolejnej części, ale bez spoilerów :|), nie natrafimy na schematyczność bądź banalne rozwiązania sytuacji. A przynajmniej nie cały czas. Zdarzają się momenciki, drobniutkie, których przyszłość potrafimy przewidzieć. Ale dla takich Sherlocków jak my, to nic dziwnego ( :|). Wartymi uwagi są natomiast te zaskakujące zwroty, spotkania i walki. Te, których byśmy się po prostu nie spodziewali. Historii trudno również wyznaczyć koniec. Ona może trwać: bo przecież tu dorzucimy odnalezienie nowego, ocalałego człowieka, a tutaj kolejną wyprawę do miasta po zapasy bądź na zwiad. Każde wydarzenie przychodzi z nowym obrotem spraw, więc każde czyta się równie przyjemnie i szybko.

Do końca..
Zapewne wydam się w tym momencie mało obiektywna, ale ja nie jestem i od dłuższego czasu nie byłam przekonana co do dobrych, polskich książek. Są klasyki, są i będą i cieszymy się wszyscy z tego powodu. Ale ile mamy ciekawych, nowych pozycji pochodzących z naszego kraju? Zdarzają się. Choć w porównaniu z rynkiem chociażby amerykańskim, który zasypuje nas powieściami wszelakiej treści, wypadamy dość mizernie. I po takich głębokich przemyśleniach, trafia do moich łapek 'Dom pod Pękniętym Niebem'. I nagle odnajduję wiarę w naród. ( :D ). Może pomysł nie w 100% oryginalny, niepowtarzalny, ale chwytliwy i przyciągający. Już nie mówiąc o wykonaniu, które zachęca czytelnika do lektury i kontynuowania przygody z treścią.
Powieść Marcina Mortki przeczytałam błyskawicznie i zakończyłam lekturę z zadowoleniem. Nieczęsto odkrywa się wśród takich stosów książek, tę mało znaną, która naprawdę zasługuje na rozgłos. Dlatego też zachęcam wszystkich do spróbowania historii, jaką częstuje nas autor. Unikajcie jednak relaksujących chwil z książką w leśnym buszu. Kto wie co czyha za najbliższym krzakiem?