Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

piątek, 28 sierpnia 2015

E. Lockhart - Byliśmy Łgarzami

Liczba stron: 240
Wydawnictwo: YA!
Cena wydawnicza: 34,99 zł 
Cena nabycia: -- (biblioteka)


O czym książka?
Zaraz wyjdzie, że się nie przygotowałam, ale prawda jest taka, że nie wiem o czym jest książka. Czytałam. Żeby nie było: przeczytałam od pierwszej do ostatniej strony. A mimo to, nie wychwyciłam tego, co w lekturze, wydaje mi się, najważniejsze: treści. 
Historia opowiada rodzinę Sinclairów. Bogatą, odizolowaną od świata familię. W sezonie letnim zamieszkują oni prywatną wyspę, na której spotykają się i pogrążają w wakacyjnym odpoczynku. My, ich losy śledzimy oczami Candence - nastolatki, dziecka jednej z trzech córek Sinclaira seniora (zachęcam do zapoznania się drzewem genealogicznym, gdzieś na dole postu - pomaga :D). Dziewczyna opowiada nam głównie o czasie spędzonym z grupą czwórki przyjaciół nazywaną przez nich Łgarzami. Dowiadujemy się także o wypadku na wyspie, który zmienił życie całej rodziny Sinclairów, zwłaszcza głównej bohaterki, która traci pamięć wskutek tego wydarzenia. Rozpoczyna więc przeszukiwanie swojego umysłu w celu odnalezienia jakichkolwiek wspomnień z felernej katastrofy, a także chwil przed nią. Natyka się na kłamstwa i prawdę. Pozostaje tylko pytanie: co jest czym?

Wygląd:
Kierując się moim gustem, oprawa wizualna okładki wypada dość przeciętnie. Ilustracja oraz tytuł pociągnięte akwarelą niewiele mówią o treści książki, choć jakichkolwiek aspektów tajemniczości również nie dodają. Z pewnością grafika wyróżnia się oryginalnością - nie spotkałam się do tej pory z tego rodzaju wykonaniem, aczkolwiek.. no nie przykuwa mojego wzroku i gdyby nie pojawianie się pozycji na wielu blogach i recenzowaniu jej w różnoraki sposób, nigdy nie wyciągnęłabym tego grzbietu z bibliotecznej półki. 
Wnętrze natomiast stanowi element już bardziej warty uwagi. Zwłaszcza ze względu na formę podziału treści na rozdziały: króciutkie, ale liczne (87!). I właśnie dzięki temu książkę udało mi się skończyć: z inną świadomością pochłania się trzydziestostronnicowe części, a inaczej fragmenciki liczące sobie dwie, a czasem nawet jedną kartkę.  
I wspomnę jeszcze o graficznym wyróżnianiu tekstu, czyli zabiegu stosowanym w 'Łgarzach' obficie. To także przyczyniało się do łatwiejszego czytania, choć wiadomo, iż zostało zastosowane w celu wyjęcia z linijek pojedynczych zdań bądź wyrazów i uwzględnienia istoty ich przekazu. Ale dla mniej i tak sprowadzało się to po prostu do szybszego sfinalizowania przygody z powieścią. 

Koncepcja:
Nie do końca rozumiem zamierzenia autorki. To pierwsza myśl, która rzuciła mi się, tak między kartkami treści. Pomysł sam w sobie do oryginalnych mógłby się zaliczać. I pojedyncze szczątki przesłania po trudnych próbach załapania, chyba zrozumiałam. Wiadomo: bogata rodzina, nie licząca się z nikim, żyjąca tylko dla siebie i wśród siebie. I pojawiający się od czasu do czasu Gat, zaprzyjaźniony chłopak, który próbuje wpoić w ich przepełnione banknotami głowy, resztki moralności oraz spojrzenia na świat w bardziej empatyczny sposób. Łapiemy klimat. Ale po co zabawa w wypadek? W przypominanie sobie go? Rozmowy z.. właściwie kim? Nie chcąc przemycić tu żadnego spoileru, nie będę ciągnąć dalej tej listy pytań. Ale chyba zrozumieliście o co mi chodzi? Ani w pomyśle, ani, jak się zaraz okaże, w fabule nie znajduję punktu zaczepienia, myśli, która zachęciłaby Lockhart do stworzenia takiej, a nie innej powieści, sugerując jej sukces. Nie mówiąc o cytacie Johna Greena na okładce zachwalającym tekst jako 'wciągający, piękny i inteligentny'. Z jednym się zgodzę: 'nie zapomnę go na długo'. Bowiem te słabe tytuły częściej zapadają w pamięć. Niestety. 

Bohaterowie:
Oni po prostu są. Nie mają swojego życia. Nie żyją swoim życiem. Żyją, bo muszą tworzyć historię wymyśloną przez autorkę. Niewiele tu można mówić. Postaci wykreowane przez Lockhart są płascy i wyróżniają się wyłącznie imionami, których zapamiętanie i tak stanowiło dla mnie już nie lada problem. Golden retrievery hodowane przez matkę Candence pojawiały się na tak często jak chociażby jej siostry. (Może TO miało ukryte... głęboko ukryte znaczenie. Ja tam się nie dokopałam :C).
Mówiąc z kolei o głównej bohaterce, można by zastosować zasadę G-I-Ń. Głupota. I. Ńerozsądek. (Ortografia rządzi ^^). Dwa słowa i wszystko jasne. Nawet uczucia, które próbowała wpleść między opisywanie wydarzeń nie miały w sobie żadnej głębi bądź nie sprowadzały ją do żadnego wniosku, przemyśleń. Lubię go. Chyba go kocham. Teraz się pocałujemy. Właśnie w takich momentach, bliższe wydają mi się nawet te nakręcone, zakochane nastolatki z 50% powieści młodzieżowych, które co dwie strony wzdychają do idealnego faceta. Bo jakim człowiekiem jest człowiek bez uczuć? Pohamowując z trudem me wzburzenie, po kilkunastu stronach tekstu postanowiłam podejść do bohaterów tak jak oni podchodzili do całego świata. Płytko i beznamiętnie.

Fabuła:
Choć trudno mówić tu o zdefiniowanej fabule z wydarzeniami pojawiającymi się jedno po drugim, mamy do czynienia z wieloma chwilami z życia bohaterki, przedstawianymi głównie poprzez retrospekcję, przypominanie sobie momentów po wypadku. Nie są one natomiast zbyt wymyślne, pomysłowe: autorka stawia głównie na rozmowy z przyjaciółmi, schadzki z Gatem, pierwszą miłością. Dostajemy także porcję faktów o zachowaniach rodziny : ich spotkaniach, kłótniach, przepychankach. Motyw walki o pieniądze, sporów między Sinclairów wyróżnia się i w sumie to jedyny, charakterystyczny dla tej książki element. Och, dodam jeszcze słówko o króciutkich bajeczkach tworzonych przez Candence, odnoszących się w różnoraki sposób do sytuacji jej i jej rodziny. Faktycznie, udana koncepcja na urozmaicenie niezbyt wciągającej treści.
Aspekt, który był odczuwalny przez prawie całą lekturę pozycji to negatywne emocje, jakie emanują z czynów i sposobu patrzenia na świat wykreowanych postaci. Bez przerwy czułam się przytłoczona egoizmem i bezwzględnością pojawiająca się na kartach książki. Aż niechętnie sięgało się po nią, zwłaszcza wiedząc, z kim się zaraz spotkamy.

Do końca..
Boję się, że nazbyt skrytykowałam powieść Lockhart. Nie chcę, żebyście myśleli, że nie znam zamysłu autorki: dopiero analiza tekstu, dokładniejsze wczytanie się między wierszami dałoby mi pełny obraz przedstawionej historii. Po to urywane zdania, pojedyncze słowa w wierszach. Ale czy to konieczne, aby dostrzec najważniejsze aspekty? Aby powrócić do treści i ponownie zagłębić się w losach Sinclairów musiałabym poczuć się do tego zachęcona pierwszym wrażeniem. Jak dla mnie, było ono średnie, więc nie sięgnę po 'Łgarzów' ponownie. Niestety. Mam wrażenie, że tekst po prostu do mnie nie trafił, nie wywołał żadnego wow, nie poruszył żadnych czeluści mego serca,  a już na pewno nie w dobrym tego określenia znaczeniu. Cieszę się jedynie, iż pozycję mogę oddać z czystym i niewzruszonym sumieniem do biblioteki, zadowolona, że mam ją już za sobą. W stu procentach przeczytaną. Może nie do końca docenioną. Ale na pewno było to moje pierwsze i ostatnie podejście.


Moja ocena:
4/10



Jak tak teraz czytam tę recenzję po kilku dniach, aż mi się robi głupio. (Ach, ta dusza wrażliwca :|). Ale do tej pory czuję, że książka nie podbiłaby mego serca nawet po dziesiątym razie, po prostu nie trafiła w mój klimat. Miała w sobie pomysł, miała ramy, ale zepsuły ją, według mnie, kreacja bohaterów i nieco forma przekazu treści. Sama nie wiem. Coś mi się wydaje, że to może być jedna z tych książek rodzaju 'albo kochasz, albo nienawidzisz'. Tymczasem, jestem za opcją nr 2.