Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

wtorek, 11 sierpnia 2015

John Green - Szukając Alaski

Liczba stron: ?/320
Wydawnictwo: Znak/Bukowy Las
Cena wydawnicza: 27zł/34,60zł
Cena nabycia: -- (biblioteka)




O czym książka?
Obyczajówka. Kropka. Tyle słowem wstępu. Jeżeli szukacie wzoru powieści obyczajowej, nie wyrastającej ani o igiełkę ponad schemat tego typu twórczości, to 'Szukając Alaski' jest idealnym przykładem. Historia w narracji pierwszoosobowej, opowiadana przez nastoletniego Milesa, studenta. Chłopak w szkole nie zaliczał się do najpopularniejszych, ze znalezieniem kumpli także nie było mu łatwo. Jakież czeka go zaskoczenie, gdy na uczelni nawiązuje znajomość ze swoim akademickim współlokatorem Pułkownikiem oraz jego przyjaciółmi: Takumim, a także tytułową, sławetną Alaską. W tym momencie rozpoczyna się ciąg przygód, wesołych, niezapomnianych wspomnień. Do momentu.

Wygląd:
Wiem, że obecnie empiki i wszelakie księgarnie zaopatrują się wyłącznie (albo w większości) w egzemplarze z nowymi okładkami - białymi z czerwono-pomarańczową grafiką. Ja w bibliotece znalazłam pozycję w  starszym wydaniu: ładniutką, żółciutką z nakreślonymi postaciami. Nie wiem, skąd przyszło autorowi czy wydawcy zmienianie wizerunku książki: wersja, którą trzymam w dłoniach, według mnie, znacznie bardziej przykuwa uwagę. Gdyby tylko wymienić w niej śnieżnobiałe strony na te pachnące lasem, z pewnością zyskałaby znacząco na wartości w moim mniemaniu. Choć z kolei, wiadomo, że wydając serię tytułów autora w takiej samej szacie graficznej, na pewno zyski będą większe, bo każdy będzie chciał dokupić sobie 'pozostałe tomy'. Mniejsza o to.
Podoba mi się, że wewnątrz pozycji literki nie są pozostawione samym sobie: znajdujemy zdobienia numeracji stron w postaci strzałeczek (stczałeczek C:), znaczniki cytatów ostatnich słów znanych osób, czyli dowody pasji Milesa (ciekawe hobby, nie ma co :D), a także 'ręcznie' odliczanie do przełomowego momentu. Grafika na plus.

Koncepcja:

Szczerze powiedziawszy, nie do końca wiem, na ile autor wstępnie zaplanował sobie tworzenie tej powieści. Czy po prostu wpadł mu do głowy pomysł przedstawienia takich, a takich problemów? Czy może jeszcze przed podjęciem pisania każdy kawał paczki miał swoje miejsce w tekście? Jak dla mnie ogólna koncepcja dzieła Greena wypada średnio. Nie spotykamy się z konkretnymi wydarzeniami, takimi, które zapadają w pamięć, wpisują się na długo i automatycznie przywodzą na myśl ten, a nie inny tytuł. Pojawia się trochę przemyśleń, trochę pomysłów, kilka dialogów. Poza przełomową sceną (nie chcę zdradzać czym ona jest, gdyż na niej opiera się cała fabuła :s) najbardziej charakterystycznymi dla książki są żarty planowane i przeprowadzane przez przyjaciół na dyrektorze czy innych uczniach.

Co innego, mówiąc o szczegółach. Tutaj już, John wykazał się znacznie większą pracą i wykreował świat rzeczywisty i dokładny. Wszystkie nazwy, pojęcia, slang mają swoje miejsce w realiach, w jakich przyszło zmagać się bohaterom. Wiadomo, studenckie otoczenie musi mieć podział na grupy, ksywki, nazwy i język, jakim posługują się wyłącznie mieszkańcy akademików. W 'Szukając Alaski' czujemy klimat, wręcz widzimy środowisko. Nie do końca natomiast odnajdujemy konkretną fabułę.

Bohaterowie:

Z pewnością autor poświęcił na postaci jakąś część historii. Trudno byłoby ten element pominąć: powieść obyczajowa bez wykreowanych porządnie charakterów wypadłaby mizernie. Na szczęście udało się tego uniknąć. Wszystkie.. a przynajmniej większość bohaterów to indywidualne osobowości. Biorąc na myśl szkolne porównanie: dostajemy nie czyste kartki z kilkoma pustymi zdaniami, ale porządnie zapisane, wygniecione i nieco naruszone przez los. Tak prezentują się nastolatkowie ze świata Milesa.

On sam nie jest inny. Na początku jego osoba budziła we mnie żal: mama urządziła mu przyjęcie, przyszykowała jedzenie, dekoracje, a przyszły dwie osoby, gdyż nie miał żadnych kolegów. Choć nie zawsze dostrzegamy takich ludzi na co dzień, w książce było to nad wyraz widoczne. Dopiero, gdy dogaduje się z Pułkownikiem, Alaską i Takumim, odkrywa swoje miejsce, czuje, że znalazł coś, czego brakowało mu przez dłuższy czas. Szybko jednak traci cząstkę nowego szczęścia. (Tum-tum-tum-tum :|). Przemyślenia bohaterów przewijające się przez mniej więcej 1/3 powieści budują obraz młodych ludzi, inteligentnych, spragnionych życia, a zarazem zżytych i szukających więzi z drugim człowiekiem. Tak więc ich kreacja autorowi się udała. A to, że nie zjednali mojego gustu oraz serca, pozostaje inną parą kaloszy.

Fabuła:
W książce spotkałam przeróżne typy fabuły, jakie tylko mogą się pojawić. Były wydarzenia, opisy ciągnące się niemiłosiernie i aż krzyczące, by zostawić je w spokoju. Na szczęście dało się je przecierpieć i ruszyć dalej. Ale były także naprawdę pomysłowe zwroty akcji i sposoby na jej rozruszanie: głównie poprzez pomysły paczki przyjaciół. Na pewno odliczanie do przełomowego momentu budowało napięcie, budziło we mnie niepewność: co takiego się wydarzy? co stanowi ten trzon powieści? Faktycznie, dobry zamysł autora. Jednak oprócz tego, rzadko spotykałam się z sytuacjami budzącymi we mnie silniejsze emocje. Nie potrafiłam przeżywać historii, nie wciągałam się w nią zbytnio, a po zakończeniu nie czuję żadnego 'związania' z treścią bądź bohaterami. Może niektórzy mi się podobali, bawili bądź doceniałam ich zachowanie, aczkolwiek.. bez szału.

Do końca..
Powiem szczerze, że po rozsławionym na wszystkie strony Johnnie Greenie spodziewałam się nieco większego łał, powieści, która by mną wstrząsnęła i pozostawiła rozbitą na kawałeczki. Możliwe, że takie emocje spotkam przy innych pozycjach autora i po prostu trafiłam na tę bardziej przeciętną. Prawdopodobna opcja. Póki co, uważam 'Szukając Alaski' za książkę na 4+. Dobra na przemyślenia, chwilę zastopowania w codziennym biegu. Na spotkanie z historią innych ludzi, bujną, acz realistyczną. Mimo wszystkich, wymienionych powyżej niedociągnięć, będę dalej polować na twórczość Greena. Nie chcę zaprzestać na takiej opinii, jaką mam teraz. Za dużo się nasłuchałam i naczytałam dobrego o tym pisarzu, by nie dać mu szansy. Natomiast zdania o tym tytule nie zmienię. Nie do końca jest to gatunek, który miłuję, a i tak cieszę się, że powieść przeczytałam. Coś tam wniosła, nie za wiele, ale zawsze. Może kolejne dzieło pana Zielonego będzie mieć w moich dłoniach więcej szczęścia?