Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

piątek, 10 lipca 2015

Jennifer Donnelly - Saga Ognia i Wody. Wielki błękit

Liczba stron: 388 (choć nie wygląda na tyle o:)
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Cena wydawnicza: 34,90 zł
Seria: Saga Ognia i Wody
Tom: I

O czym książka?
H2O z mityczną tajemnicą w tle. Aby nie zniechęcić potencjalnych czytelników do lektury, postaram się przedstawić fabułę w jak najmniej zagmatwany sposób. Jest sobie syrenka. Serafina. W zdrobnieniu: Sera. I ta syrenka ma mamę: Isabellę. Mama Serafiny to królowa krainy Miromara. Krainy jednej z wielu. Isabella przygotowuje córkę do przejęcia przez nią tronu, w przyszłości. Do tego celu ma służyć ceremonia przejścia - Dokimi, podczas której Sera wykona pieśń magii śpiewu, wykaże iż jest prawowitą następczynią, złoży zaręczynowe ślubowanie i obieca, że urodzi córkę. Banał. Podczas tej przepięknej uroczystości na pałac napadają żołnierze admirała Kolfinna. Tego złego. Czarnego charakteru. (Jeśli ktoś nie zakumał :|). Rodzice syrenki giną, a ona sama ucieka. Razem ze swoją przyjaciółką Neelą. Akcja się rozwija, rozwija. Zostają schwytane, uciekają, schwytane, uciekają i tak do końca. Jednym słowem: dzieje się.

Wygląd:
Przyznam szczerze, iż pierwszy raz spotykam się z taką szatą graficzną. Poczynając od elemencie, który najbardziej rzuca się w oczy, czyli śnieżnobiałym kartkom. Wbrew pozorom, nie wyobrażam sobie tej książki ze standardowymi, zażółconymi stronami. Jakoś tak nie pasują. Do tego dochodzą bardzo wpasowujące się, morskie zdobienia przy początku każdego rozdziału. Co mnie zaskoczyło, to kolorowy druk wewnątrz pozycji. Zawsze wydawało mi się, iż strony z tekstem nie mogą mieć kolorów. To żółto-czarny schemat, kanon nieznoszący przełamania. A jednak! Zbliżmy się na koniec nieco do okładki. Okładki utrzymanej w barwach zieleni, seledynu, błękitu, indygo i granatu. (Nie ma to jak chwalić się znajomością kolorów ^^). Sama ilustracja jest tak magiczna, że trudno oderwać od niej wzrok. Te wszystkie tiule sukni syreny rozpływające się w toni oceanu, płonąca budowla i bezkresne krajobrazy podwodnego miasta.. I już czujemy się wciągnięci w atmosferę powieści.
Niestety, ze strony praktycznej trudno mówić o ideale: delikatnie wypukłe literki tytułu nie należą do trwałych. Wystarczyło jednorazowe przeczytanie powieści (podczas którego obchodziłam się z nią jak z jajeczkiem! :|), aby straciły mniej więcej jedną czwartą nałożonego tuszu. Choć może to zamierzony efekt? Nieświadoma stylizacja na starodawną czcionkę? Brzmi lepiej niż kiepska jakość.

Koncepcja: 
Z jednej strony mogłabym się w tym akapicie rozpisywać bez końca. Z drugiej jednak, najłatwiej przedstawić wszystko konkretnie. Wyłożyć jak kawę na ławę. Nie spotkałam się do tej pory z tak dopracowanym pomysłem na powieść młodzieżową. Świat wykreowany przez autorkę kipi szczegółami, nazwami i detalami, o które nie troszczy się ponad połowa dzieł dla mojej kategorii wiekowej. Rozpoczynając lekturę książki, przechodzimy jednym, potężnym krokiem, z naszego łóżka, fotela do rzeczywistości tak odmiennej.. Gdyby to porównywać... Jakby to porównać.. O! Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w Nowym Jorku. W samiusieńkim centrum. Samochodów więcej niż drzew, najbliższa owca co najmniej 100km od waszego szarego bloku. I w ciągu 3 sekund przenosicie się do wioski Aborygenów (ci niewielcy z Australii c:). Gdzie nie spojrzysz tam dzicz. Trawa. Krzaki i zarośla. Rdzenny piasek kurzący się za sam horyzont. I trzy człowieczki na krzyż. Tym właśnie porównaniem homeryckim, pragnę uzmysłowić jak oddziałuje na czytelnika świat, w którym mieszkają bohaterowie Wielkiego błękitu.
Pierwszych kilka stron było najtrudniejszych do przebrnięcia. Natłok pojęć sypał się do umysłu, ale ten nie przynosił żadnych definicji, gdyż ich po prostu nie było. Spokojnie. Na końcu pozycji znajduje się kilkunastostronnicowy słowniczek pojęć i nazw. Zaglądałam do niego co 3 zdania, ale podołałam, przebrnęłam i pofrunęłam, jak z płatka, dalej. Do końca czytanie sprawiło taką przyjemność, że nim zdążyłam się wciągnąć, przewróciłam ostatnią kartkę. (To dopiero smutne uczucie :c).

Bohaterowie:
Tych, przez całą powieść przewija się całkiem sporo. Spotykane postaci podczas podróży syrenek, mieszkańcy pałacu, koleżanki z proroctwa. Tu ktoś je porwie, tu ktoś im pomoże. Co prawda, nie pamiętam tych wszystkich imion, ale.. grunt, że były.  Jeśli chodzi o ich wyrazistość, wydaje mi się, e była ograniczona do minimum. Na tyle na ile potrzebne były rozwinięcia osobowościowe i charakterologiczne (ja znam słowa na 18 liter! 18 liter! O:), na tyle się one pojawiały. Raczej okej. Dla mnie jako niespełnionej romantyczki, zabrakło nieco porządnego wątku miłosnego. Dla innych, tych pozbawionych uczuć i jakiejkolwiek miłości (żartuuuuuję, nie bierzcie tego do siebie c:) może to być uznawane za plus. W każdym bądź razie, w kwestii związku i całusów, główną bohaterkę czeka jedynie rozczarowanie. (Tak nam przykro :_:).
A jeśli już mowa o Serafinie, również obdarzę ją ogromnym plusem, za tak doceniany przeze mnie, brak rozczuleń i pięćdziesięciostronnicowych wahań i rozterek. Dziewczyno, tak trzymaj!


Fabuła:
Nie można narzekać, gdyż przez książkę przeleciałam w tempie ekspresowym. Można powiedzieć, iż pozostawiała wręcz lekki niedosyt, zwłaszcza po niedokończonym zakończeniu. Jak można urwać powieść przed punktem kulminacyjnym i walką z potworem? NO JAK?
Natomiast w trakcie historii, wydarzeń i dynamiki nie brakuje. Jennifer Donnelly postarała się, aby ani przez chwilę czytelnik nie poczuł wrażenia nudy, braku zainteresowania. Rozdziały są, rzecz jasna, kończone w tych dramatycznych momentach, byśmy mogli ze zniecierpliwieniem przewracać kartki, nie kosztując ani chwili wytchnienia. I chyba właśnie ta część podobała mi się najbardziej. Głównie dlatego, iż była nieprzewidywalna. Nie wiedziałeś na co natkną się przyjaciółki, kogo lub co los postawi im na drodze. I choć sam pomysł proroctwa, przeznaczenia do wypełnienia itepe przewijał się już w innych powieści i to nie jednokrotnie, morska atmosfera i świat syren sprawiał, że te same wydarzenia z młodzieżówek, w wodzie nabierały zupełnie innego klimatu.

Do końca...
Choć jestem nieco zaskoczona własnym werdyktem, z przyjemnością sięgnęłabym po drugi tom Sagi Ognia i Wody. Zaskoczona, gdyż nie sądziłam, że tak przejmę się losem Serafiny i jej towarzyszek, zaciekawię czyhającym na nie losem i drogą, którą poprowadzi je Vraja z innymi ielami (rzecznymi czarownicami) za sprawą tajemniczej pieśni-proroctwa.
Największym atutem tej powieści, po chwili zastanowienia, mogę mianować ciepło, dobrą energię emanującą z treści i przesłania. Choć pojawia się wiele skoków ciśnienia wywoływanych niebezpiecznymi akcjami syren i choć od dziecka czuję osobisty strach przed wodą połączoną z głębokością (nieumiejętność pływania nie procentuje :_:), podczas lektury cały czas towarzyszyło mi uczucie spokoju i pewności o dobre zakończenie losów bohaterek. Oznacza to idealną opcję na wakacyjny relaks, przyjemną pozycję do wciągnięcia się, a zarazem odpoczęcia od stresów i nieprzyjemności.
Odskocznia od wampirów, wilkołaków, aniołów i demonów to dobra odskocznia. A jak już skakać, to gdzie indziej, jak nie do wody?