Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

piątek, 29 maja 2015

Tanith Lee - Piratika

Po tygodniu zmagań ze szkolnymi obowiązkami, a jednocześnie 5 dniach (choć moje umiejętności matematyczne, jednak pozostawiają wiele do życzenia.. :c) bez jakiegokolwiek postu.. Powracam. Z czym? Tak. TAK! Z recenzją.

Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Jaguar
Cena wydawnicza: 32,50zł
Cykl: Piratika
Tom: I


O czym książka? Powiem szczerze, iż nie do końca jestem przekonana, czy wyłapałam z treści odpowiedź na to pytanie. Byli piraci. Była zwariowana nastolatka z pomarańczowym kosmykiem, która za spełnienie marzeń uznała znalezienie skarbu. (17 lat, gwoli ścisłości. Siedemnaście. To rok przed pełnoletnością. Tak.). Była też papużka Pluskietka. I piesek. Gnojek. Cała ferajna. Tylko gadającej żyrafki brakowało. (W sumie trochę szkoda, bo o żyrafce chyba jeszcze powieści nie czytałam :c).
 No i oczywiście, bez groźnego czarnego charakteru by się nie obyło. W tym wypadku tę odpowiedzialną funkcję pełniła Mała Złociutka Dziewczynka. Nie mam pojęcia skąd wziął się ten.. przydomek, ale nie wydaje mi się, aby była to wina tłumaczenia. Zapowiadała się wspaniała książka i jeszcze wspanialsza recenzja!

Wygląd: Bardzo nieprzewidywalna okładka o bardzo nieprzewidywalnym wzorze. Chociaż, zawsze z góry wiadomo, jaka tematyka nas zaskoczy. Taka tam czacha. Odrobinę bardziej podoba mi się tył i grzbiet, nie wydają się tak puste jak front. Mą uwagę przykuli liczni patronaci: Gildia.pl, kawerna.pl, Książki-magazyn literacki. Niestety, wnioskując po cenie i braku rozgłosu, tytuł nie został rozsławiony tak, jak powinien. Mimo to, cieszę się, że natrafiłam na tę pozycję.
Wewnątrz, książka podzielona jest na wiele scen i aktów nawiązujących do aktorsko-teatralnej przeszłości bohaterów. Tekst czytelny, czcionka wygodna, nie za mała, nie za duża, lecz w sam raz. (Co to była za piosenka? o:). Najbardziej zwróciłam uwagę na idealne zagięcie kantu okładki. (Nie mam pojęcia, jak Wam to wytłumaczyć :<). Jest taki.. prosty, równy.. ależ przyjemnie się po nim jeździ! Paluszkiem. Góra i dół. Góra i dół. (To ten moment, w którym lepiej, abym przeszła dalej :|).

Pomysł: Wydaje mi się, że już kiedyś miałam do czynienia z tytułami o pogromcach mórz. Tak, coś się pojawiało. A, że wiązałam z nimi dobre wspomnienia, 'Piratika' za 5zł stała się zakupem obowiązkowym. I opis nadawał jej nieco inności. I okładka. Nie wspominając o 'Jednej z najzabawniejszych historii o piratach!'. Nie wykluczam, że ze mną jest coś nie tak (oj, nie wykluczam, nie. :|).. ale na 315 stronach zaśmiałam się w bodajże 2 momentach. I to takich, w których raczej przeciętny czytelnik zareagowałby nieco inaczej. Ale cóż.
Koncepcja sama w sobie oryginalna. Wiele elementów odmiennych. Zwłaszcza w erze wampirów i półnagich ćwierćaniołów. Także, gdyby przyszło mi oceniać sam pomysł - 10/10. Również mnóstwo okazji na żarty, sytuacje bawiące do łez. Niestety, w większości przypadków, niewykorzystane. Historia wypłowiałych piratów-aktorów reklamujących kawę na mini-stateczku. To pamięta się na długo. Zaskakujące i nieustanne przeplatanie się losów nieznanych sobie bohaterów. Forma, z którą spotykam się tak naprawdę po raz pierwszy. Wyspa strzeżona przez 12 barwnych papug strzegących drogi do skarbu. Nietuzinkowe i działające na wyobraźnię. Wielkie zaskoczenie w skrzyni i zawód z nieudanej przygody. Sprawiły, że chciało się czytać i odkrywać. Niestety, poza tym, wiele dobrego powiedzieć nie da rady. Ale staram się jak mogę. Naprawdę.

Bohaterowie: O ile w kryminałach Christie natłok bohaterów jest względnie uzasadniony i budujący w powieści należytą atmosferę, w dzisiejszej pozycji sprawiał on jedynie bałagan i zdezorientowanie. Pomijając fakt o niedopracowaniu większości z pojawiających się postaci. Cała załoga 'Nieproszonego Nieznajomego' jedynym czym się wykazywała była płaskość. Słony Walter i Peter. Dirk. Wąsacz. Upiorny O'Shea. I w końcu Ebad Vooms. Żaden z nich nie miał w sobie ani krzty charakteru, energii, dynamiki, wyjątkowych cech. Działali jak jedna, wielka ameba. Może dlatego z trudem przychodziło mi zapamiętanie imion i podczas ich wypowiedzi uznawałam, że powiedział to po prostu jeden z ekipy. Kolejny ogromny minus za niewykorzystanie potencjału.
Jeśli chodzi o Art Blatside czyli Artemizję Fitz-Willoughby, jak przedstawia ją autorka z tyłu książki.. Bez dwóch zdań, ożywiała całą akcje jako jedyny trybik napędzający tę leniwą maszynę. Choć część jej decyzji i zachowań przywodziła mi na myśl trzynastoletnią dziewczynkę aniżeli o cztery lata starszą pannę na wydaniu, ta ciutka wariacji wpasowywała się w pirackie klimaty. Artie spodobała mi się głównie za motywację, którą zarażała innych, chęć zrobienia czegoś, do samego końca parcie naprzód, byle do przodu. Tu zdobyła me oddanie, zwłaszcza w ciągu tygodnia zapisanego od góry do dołu sprawdzianami. ( Taki lajf :C)

Fabuła: Niestety. Doszliśmy do tego przykrego akapitu, w którym powiem dużo brzydkich rzeczy. Nie chciałam, aby ten moment nastąpił. Mus to mus. Chciało się być recenzentem, krytykować i rzucać o ścianę.. to teraz się ma. Ale będę twarda. I nieustępliwa.
Powieść.. no nie jest zła. Może autorka miała gorszy dzień rok. Na przykład zgubiła ulubionego kolczyka (znam ten ból :_:) albo ktoś podeptał jedyną rabatkę z żonkilami. Nie wiadomo. Bądź co bądź, wykonanie zaprezentowanego pomysłu można zaliczyć do przeciętnych. Wydaje się, iż czytanie 300 stronicowej książki przez około tydzień to duże osiągnięcie. Jak się przekonałam, faktycznie. Że udało mi się zrobić to w TYLKO tydzień - jestem z siebie dumna, czekam na oklaski.
 Nie chodzi tu o styl autorki, z resztą na mój gust, naprawdę dobry. Nie chodzi o opisy, które pomimo, że było ich sporo, niezmiernie ubarwiały opowieść, dodawały jej swoistego nastroju, budziły szare komórki do przeniesienia się w niezwykłą podróż. Najbardziej przeszkadzała mi monotonność opisywanych wydarzeń: popłynęli.. i płynęli.. i płynęli.. napadli na statek.. zmienili statek.. i płynęli.. i płynęli.. dopłynęli? nie dopłynęli.. więc płynęli.. i płynęli.. i płynęli.. powalczyli z z 'tymi złymi'.. i wygrali.. i płynęli.. i płynęli. Dla osoby, która nie potrafi pływać, to dość frustrujące. (.__.).
 A na poważnie: cały ten ciąg zdarzeń zlewał się w jedno, nie znalazłam żadnych dynamicznych zwrotów, emocjonalnych zawirowań czy pościgów. Po prostu sielanka i jogurcik. (Sielanka-maślanka.. łapiecie, nie? ^^).
Dochodząc do finału.. wątek miłosny. Tak, pojawił się pewien delikwent, który zaprezentowany został jako ten 'przystojny'. Tyle przynajmniej zapamiętałam. Niejaki Feliks Feniks. Oryginalnie. Związał swój los z dziejami pirackiej załogi poprzez niefortunne pomylenie go ze słynnym złodziejem Jackiem Kukułką. (Ten to dopiero groźny łotr :|) Ale.. karuzela dopiero się rozkręca. Okazuje się, że główna bohaterka się w nim zakochuje. Ta niezależna, odważna, patrząca jedynie w dal horyzontu. I uwaga: on, jak się okazuje później, także darzy ją, skrywanym w odmętach zranionego serca, gorącym uczuciem. Ależ niespodzianka! To element, który Tanith położyła całkowicie. Ani nie pasuje do zachowań bohaterów. Ani do charakterów. A już na pewno nie do opowiadanej historii i maksymalnie 10 zdań przeznaczonych na ten wątek. Nie. I nie. Ale chociaż wiem, co będę zaliczać w TAGach do 'najgorszej pary książkowej ever'. Zawsze korzyść!

Do końca.. Powiem coś, czego chyba w życiu nie powiedziałam i nie powiem NIGDY: nie słuchajcie się mnie. Faktem jest, iż nieco wylewam tu swoje żale. Po prostu, liczyłam, że 'Piratika' stanie się moją perełką, którą z dumą postawię na regale i będę spoglądać od czasu do czasu na jej idealnie rzeźbiony grzbiet, wspominając wodne podboje Mada Gaszkaru i Afrykraju ze zwariowaną piracką załogą. Dostałam natomiast nieco słabszą, oryginalną, dobrze napisaną, ale nudnie poprowadzoną powieść z mnóstwem imion, wody i uroczą, gadającą papużką. Coś za coś. Choć w sumie.. zabawa i tak była niezła. Dlatego, na oderwanie od ostatków szkoły, bądź już na wakacyjny relaksik.. jak najbardziej tak.