Przepraszam za drobne opóźnienia, ale... natłok obowiązków... sami rozumiecie. :c

niedziela, 5 kwietnia 2015

Last Easter

Oprócz opinii dziś powinno być choć trochę bardziej świątecznie, nastrojowo.. Z tegoż właśnie powodu, chciałabym życzyć Wam wszystkim i każdemu oddzielnie:

Wesołych świąt Wielkiej Nocy!
Byście zawsze byli zdrowi, szczęśliwi i po uszy w książkach!
I uśmiechajcie się jak najwięcej, bo uśmiech to najpiękniejszy prezent :)

A, aby zmotywować usta do uśmiechów: mini-sesja pt. "Złap króliczka":




Nie zapomnijcie skomentować postu o Elicie :)

Kiera Cass - Elita

Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 320
Cena wydawnicza: 37.90zł

Standardowo, najpierw kilka zdjęć pozycji:


O czym książka? Jest to drugi tom serii Selekcja (pierwszy - Rywalki). W tej części America, już jako jedna z 6 pozostałych w pałacu dziewczyn, walczy o serce księcia Maxona (i koronę Illei). Nie mam za bardzo co opowiadać, żeby nie zacząć Wam streszczać fabuły.. dlatego może przejdźmy do dalszej części opinii (postaram się, żeby była krótsza od poprzednich ;))

Wygląd: Choć w większym stopniu to nie zasługa autorki.. okładka w dalszym ciągu jest przepiękna. Tym razem barwy szkarłatu przeplatające się z delikatnym łososiowym, kojarzą się z promieniami błyszczącego rubinu. Przyglądając się jakiś czas obrazowi, odkryłam pewną symbolikę okładek.. skonstruowałam teorię odnośnie do nich. Pierwsza: niebieska, przedstawiała początki Eliminacji, czyli pozory, za którymi kryło się znacznie więcej. Królewski błękit miał na celu pokazać środowisko, jakie otaczało dziewczęta. Drugi tom, bardziej niż poprzedni, odkrywa realny świat pałacu, to, co się dzieje w nim, można, by rzec, za zamkniętymi drzwiami.Czerwień sprawia wrażenie władczej, aniżeli dostojnej. Kojarzy mi się też z krwią pojawiającą się w Elicie znacznie częściej niż w Rywalkach. W każdym razie.. już po okładce czuć, że coś będzie nie tak. Zdradzę tylko, że to faktycznie prawda.
A co do pozostałych elementów graficznych: wszystko ciągle utrzymane na wysokim poziomie, delikatne ornamenty, wygodna czcionka, lekko żółty papier ułatwiające czytanie. Ponadto książkę tak przyjemnie trzyma się w dłoni, że.. ach!

Pomysł: Kierze Cass (tak odmienia się jej imię? :o) koncepcji na rozwój historii nie brakuje. To muszę przyznać. Ale sam pomysł użyty w tym tomie.. przykro mi to powiedzieć.. no, nie tak wyobrażałam sobie pociągnięcie losów bohaterów. Zwłaszcza końcówkę. Liczyłam, że wszystko się ułoży, że Ami w końcu przejrzy na oczy i wybierze tego odpowiedniego (a za słowem 'odpowiedni' stoi tylko jedna osoba!), a nie, w dalszym ciągu będzie miotać się między młotem, a kowadłem (ale jakim kowadłem! ^^). Wiem, że jest jeszcze Jedyna, w której wszystko ostatecznie się rozwiąże i wiem nawet jak (ach, te wszechogarniające spoilery :c), ale oceniając tylko tę część.. czuję się ździebko rozczarowana.

Bohaterowie: Nie ma co opowiadać piętnaście razy o tych samych bohaterach. Język autorki utrzymuje się na takim poziomie jak wcześniej: lekki, trzymający w napięciu (kiedy trzeba) i żartobliwy (też zależnie od sytuacji). (Chyba w końcu zrobię oddzielny akapit na język, zamiast wciskać go do każdej innej rubryki :D). Więc skoro język wydaje się OK to i wykreowane postaci są OK. No, gdyby nie te ciągłe wahania Ami, których pojawia się w tej pozycji chyba dwa razy więcej niż w poprzedniej. Czasem wręcz jej trochę nie rozumiałam.. Chce być z Maxonem, każdy jego pocałunek, spotkanie z księciem rozpamiętuje na trzydzieści różnych sposobów, a potem, gdy tylko ujrzy liścik od Aspena, leci na spotkanie z nim do jakiegoś schowka. (? o.O) . Z pewnością jestem odrobinę stronnicza, aczkolwiek.. jak już kiedyś wspominałam, preferuję bohaterki zdecydowane (może dlatego, że sama taka nie jestem ;c), pewne siebie i konkretne, nie zakochane trzpiotki fruwające z płatka na płatek. A w tym kierunku, czasem zdawać, by się mogło, zmierzała panna Singer. Oczywiście nie chcę ją całkowicie zjechać, bo ciągle, mimo wszystkich tych niedociągnięć, lubię ją. Żeby nie przeciągać.. Maxona uwielbiam, Aspen mnie denerwuje. (to tak na marginesie). Podczas kończenia książki miałam także ochotę trzepnąć nią (raz, a dobrze) potężnego króla Illei, kochającego ojczulka. Jeśli przeczytacie, dowiecie się dlaczego. I zdaję sobie sprawę, iż, by zbudować jakiekolwiek.. zwroty akcji, czarny charakter jest wskazany, ale.. nie. Stanowcze nie. 


Fabuła: Momentami miałam wrażenie, iż treść Elity składa się z takiej.. funkcji (pojedziemy matematycznie, a co!). Wygląda to tak: stała, stała, stała... i rosnąca. I opadająca. I stała, stała, stała. Czyli jednym słowem: nie dzieje się nic, nie dzieje, nie dzieje, i nagle COŚ się dzieje. I znowu nic, nic, nic. (Kurcze, zaraz wyjdzie, że zupełnie skrytykuję tę książkę :S). I w sumie, to nie jest źle. Ale.. moim zdaniem, gdyby ciągle się COŚ działo.. byłoby jeszcze lepiej. Choć może się tak nie da.. sama nie wiem. Po prostu boli mnie to, że pomiędzy wydarzeniami, różnymi akcjami i przyjęciami, czytamy prawie wyłącznie o tym, jak America wędruje: od Komnaty Dam do pokoju. I z powrotem. I z powrotem. Swoją drogą, gdyby usunąć całą resztę książki, wyszłoby fajne dzieło ( :D ).
A teraz już powróćmy do plusów, bo nie lubię skupiać się na minusach. Spośród zdarzeń najbardziej oddziałujących na czytelnika, było kilka, które mną wręcz wstrząsnęło. Szczególnie to z Marlee. (Będę taka tajemnicza, żeby nie zdradzać najciekawszych momentów - jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, piszcie na maila lub w komentarzach ;)). Naprawdę. Tak mocno zżyłam się tymi bohaterami, że utrata drugoplanowej bohaterki była dla mnie trudna. Ponadto, szczerze współczułam Ami konieczności znoszenia całego tego szumu, rywalizacji, sabotaży ze strony innych dziewczyn. Nie mam pojęcia, jak zachowałabym się na jej miejscu. Zwłaszcza podczas rozmowy z Kriss.. wręcz czułam już moją pięść na jej nosie.. 
A jeśli mowa o emocjach.. ( :D )..   to tak. Jeśli wciągnięcie się w tę historię, na długo ją zapamiętacie. Wierzcie mi.  Na dowód, przywołam jeszcze jeden fragment: przyjazd rodzin. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć, ale.. cieszyłam się razem z nimi. Gdy 'zobaczyłam' May stojącą w drzwiach pałacu, z wyczekującym spojrzeniem pt. 'Kiedy w końcu będę mogła przytulić moją siostrę?', aż mi się serce skruszyło. Na kawałeczki. Niezmiernie przyjemnie jest przeżywać takie momenty. Choćby w książkach. A może.. zwłaszcza w nich. 

Do końca... Jak już wcześniej wspomniałam.. pozycja trzyma poziom. Po wcześniejszych opisach i żalach, odnoszę wrażenie, że została jednak całkiem dobrze skonstruowana. Bo pozwala się wciągnąć w to pałacowe życie. W pierwszym tomie trzeba się było powoli przestawić na tę zmianę środowiska. A w tym, coraz bardziej się wkręcamy w to, co nas obecnie otacza: marmurowe posadzki, niekończący się system korytarzy i kryjówek, dystyngowane damy i luksusowe jedzenie. Tak jak wspominałam przy poprzedniej recenzji: wszystko ma swoje miejsce.
I na zakończenie (zakończenia): warto zabrać się za tę lekturę. Czyta się ją szybko, nie powinna zająć Wam dużo czasu. Ja, śledziłam losy Americi głównie wieczorem, po położeniu się do łóżka, rozdział po rozdziale.. i tak najczęściej do nocy. Bardzo trudno się oderwać. A Jedyna już w drodze... ( ^^ )